mały problem

Wydaje mi się, że ogólnie, to ja miła i nieczepliwa jestem. Oczywiście być może to tylko złudzenie, niemniej jednak na potrzeby tego artykułu, przyjmę taką właśnie tezę – tym bardziej, że wydaje mi się prawdziwa.

Zatem oto jak się sprawy mają:  wybrałam się na szkolenie i te słowa piszę w stolicy. Skoro jednak tu jestem, jakoś musiałam dotrzeć. Jako środek transportu wybrałam pociąg, w związku z czym w sobotę o 7.01 wsiadłam do pendolino, by o 9.15 być już na miejscu.

Pendolino jak pendolino, natomiast tym, którzy dawno nie korzystali przybliżę, że wiszą tam często gęsto monitorki i na tych monitorkach wyświetlane są m.in. obietnice.

Obietnica dla pasażera klasy drugiej brzmiała: kawa, herbata lub woda.

I co prawda gdy o tej 7.01 wsiadłam i zobaczyłam tylko plecy obsługującej osoby poczułam lekki niepokój, że moja obietnica nie zostanie zrealizowana. Ale zaraz potem pomyślałam, że przecież oni wiedzą, że ludzie dopiero wsiadają. I w sumie zaraz się uspokoiłam, bo pewnie wkrótce jakąś drugą rundkę kawową zrobią, no bo chyba nie pracują pierwszy dzień, czyż nie?

Tyle że gdy pociąg dojechał do Warszawy, stało się jasne, ze się myliłam. I moja należna dawka kofeiny, w bezlitosny sposób została pominięta!

Nic to. Melduję, że przeżyłam i dostałam się do innego punktu, gdzie kofeinę serwowano.

I dziś jestem tu dzień drugi.

Nocuję w hotelu Ibis. Akurat tak się składa, że z racji romantycznych wyjazdów z moim małżonkiem dość regularnie bywam w różnych hotelach. Zwykle wrażenia pozostają świetne lub neutralne. Tyle że dziś są akurat ciut inne i w sumie to wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia jak w hotelu typu sieciówka można tak  niefortunnie zorganizować serwowanie ciepłych śniadań. Od razu mówię, że dla hotelu pojedynczego miałabym zrozumienie, bo ostatecznie gdzieś te procedury trzeba wypracować. Ale tutaj?

mały problem

Już gdy przyszłam, zdziwiłam się, bo przy 3 stanowiskach z ciepłymi daniami, dwa były puste, znaczy się tylko kiełbasa została. To mnie zadziwiło, bo w hmm innych miejscach przywykłam, że naczynia są dość płynnie wymieniane na pełne. Tzn. danie się kończy – przychodzi obsługa z nowym pełnym naczyniem i je podmienia.

Tu nic takiego się nie zdarzyło, więc uznałam, ze należy obudzić instynkt łowcy, bo inaczej jajecznicy nie będzie.

Gdy w końcu przybyła, byłam szybka i zwinna niczym polujący sokół i przybyłam w celu nałożenia. Muszę jednak uznać, że nie wyglądała najpiękniej, tzn oprócz jajecznicy było sporo jakiejś takiej wody. Więc nałożyłam umiarkowaną ilość, zastanawiając się, co ja w takim razie zjem. A grymaśna jestem czasami jak weganin w sklepie mięsnym.

Mój niepokój został rozwiany dzięki stanowisku z ciepłymi daniami podpisanymi Placuszki/Pancakes. Wspaniale! Tu znajdę coś, co powinno mi smakować. Tyle, że tym razem mój instynkt łowcy zawiódł i osoba przede mną porwała ostatniego placka. Ups! No ale nic to. Postoję te 3 minuty i zaczekam. Tyle, ze po 3 minutach to nie przyszły placuszki, a pan kelner, który powiedział, ze one nie będą tak od razu. Tylko za około 10 minut. Zatem wycofałam się na z góry upatrzone stanowisko i czatowałam na placuszki.

Po 10 minutach wciąż ich nie było.

Po 15 minutach upewniłam się u obsługi czy aby na pewno będą.

Po ponad 20 minutach wyszłam niepocieszona, ale nie mogłam dłużej czekać.

I myślę sobie, że lepiej w ogóle nie serwować czegoś, czego nie można dostarczyć w jakichś przewidywalnych odstępach czasu.  Tak mi się zdaje. Choć dopuszczam możliwość, że te osoby co się załapały na placki przede mną, byłyby jednak innego zdania.

No i takie to problemy pierwszego świata dopadły mnie w miniony weekend.

Gwoli prawdy, dopisuję już w domu, że w drodze powrotnej pociągowe obietnice zostały spełnione.